Pogrzeb stygmatyczki s. Wandy Boniszewskiej

Pogrzeb s. Wandy Boniszewskiej, która od 1934 r. nosiła na ciele stygmaty męki Chrystusa, odbył się dziś w Chylicach i Skolimowie. Zakonnica bezhabitowego Zgromadzenia Sióstr od Aniołów zmarła 2 marca w wieku 96 lat. Mszy św. żałobnej i uroczystościom pogrzebowym przewodniczył biskup pomocniczy warszawski Marian Duś.

Bp Duś odprawił Mszę św. w kaplicy Sióstr od Aniołów w Chylicach, po czym kondukt żałobny przeszedł na cmentarz w Skolimowie, gdzie pochowano s. Wandę Boniszewską.

Za życia, oprócz ran w miejscu gwoździ, na ciele s. Boniszewskiej występowały: krwawy pot, rany lewego i prawego boku, rana nad lewą piersią, 13 ranek dookoła głowy, krwawe łzy, rany lewego i prawego ramienia, szramy po biczowaniu na całym ciele, bolące guzy i sińce od pobicia również na całym ciele. Poza bólem w miejscach ran s. Wanda przeżywała kolejno przebieg męki Chrystusa w bolesnych ekstazach, znosząc rozmaite i ponad wszelką miarę dotkliwe cierpienia.

Wanda Boniszewska urodziła się ona 20 maja (według starego stylu) 1907 r. w folwarku Nowa Kamionka koło Nowogródka, jako piąte z 11. dzieci. Rodzicami jej byli Franciszek i Helena - córka Abrama i Fajgi z Anolików. W 1924 r. zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr od Aniołów. Jako zbyt młoda została przyjęta tylko na próbę dopiero 6 stycznia 1925 r. Pobyt jej w zgromadzeniu i odbywanie nowicjatu łączyły się z wielu trudnościami, jak odraczanie decyzji, cofanie zgody, czy wręcz wydalanie, posyłanie na dość długie kursy, jak np. gospodarczo-ogrodnicze, czy dla ukończenia szkoły powszechnej. 2 sierpnia 1928 r. złożyła pierwsze śluby, później odnowione na rok, a w 1930 r. na trzy lata, zaś 2 sierpnia 1933 r. złożyła śluby wieczyste.

Od 1934 r. jako rzekomo chora na gruźlicę, przebywała przeważnie w domu sióstr w Pryciunach (parafia Bujwidze koło Niemenczyna), ponad 30 km od Wilna. Tam też już na stałe mieszkała od 1946 r., po wyjeździe innych sióstr do Polski.

Po aresztowaniu ks. Antoniego Ząbka TJ, ukrywającego się u sióstr w Pryciunach, s. Wanda została aresztowana wraz z innymi siostrami 11 kwietnia 1950 r. przez MGB i skazana na 10 lat więzienia. Przebywała głównie w szpitalu więziennym w Wierchnie Uralsku. Gdy po odwilży w Związku Radzieckim ogłoszono jej 26 sierpnia 1956 r., że była nieprawnie osądzona, powróciła do Polski. Mieszkała w Białymstoku, następnie w kilku mniejszych miejscowościach, najdłużej zaś w Częstochowie, kolejno w kilku domach, a od 28 kwietnia 1988 r. w Domu Generalnym w Chylicach.

W 1919 r. podczas procesji na uroczystości św. Michała w Nowogródku 12-letnia Wanda odczuła ból w rękach i nogach w miejscach ran Chrystus, a następnie silne bóle w czasie obchodzenia stacji Męki Pańskiej w Kalwarii pod Wilnem w 1922 r. Nowe formy i objawy cierpień ujawniały się kolejno z biegiem czasu. Natomiast stygmaty krwawiące i widoczne na zewnątrz pojawiły się w sobotę przed adwentem, a szczególnie wyraźnie 7 grudnia 1934 r. Wkrótce dostrzegł je jej spowiednik ks. Tadeusz Makarewicz przy udzielaniu sakramentu chorych, a później również jej pielęgniarka s. Rozalia Rodziewicz.

Stygmaty ukazywały się głównie w czwartki po południu i w piątki przede wszystkim w Wielkim Poście, a zwłaszcza w Wielkim Tygodniu. Oprócz ran w miejscu gwoździ występowały: krwawy pot, rany lewego i prawego boku, rana nad lewą piersią, 13 ranek dookoła głowy, krwawe łzy, rany lewego i prawego ramienia, szramy po biczowaniu na całym ciele, bolące guzy i sińce od pobicia również na całym ciele. Poza bólem w miejscach ran s. Wanda przeżywała kolejno przebieg męki Chrystusa w bolesnych ekstazach, znosząc rozmaite i ponad wszelką miarę dotkliwe cierpienia.

Stygmaty zaczęły zanikać przed aresztowaniem. W więzieniu, jak się wydaje, pojawiały się sporadycznie, podobnie do pewnego czasu po powrocie z więzienia, przy tym tylko niektóre objawy (np. przebicie boku) ukazywały się dłuższy czas, ale cierpienia były nadal jej udziałem.


Siostra Wanda niezwykle starannie oraz z ogromnym wysiłkiem i uporem starała się ukrywać zewnętrzne oznaki, podobnie jak i wszelkie objawy doznań nadzwyczajnych. Zresztą trudno jej było przyjąć dar stygmatów, gdyż uważała się za niegodną tej łaski. Stoczyła wręcz ciężką walkę, wymawiając się przed Chrystusem i prosząc by jej nie udzielał tego daru, a przynajmniej znaków widocznych na zewnątrz. Dopiero widząc niezadowolenie Pana Jezusa i na Jego wyraźne życzenie zgodziła się je przyjąć. Taka też była rada jej spowiednika. Również jej nadzwyczajny spowiednik abp Romuald Jałbrzykowski z Wilna jednoznacznie polecił posłusznie przyjąć ten dar i nie prosić o jego cofnięcie. Siostra Wanda jednak zdecydowanie zastrzegła zachowanie ścisłej tajemnicy o darze stygmatów aż do chwili jej śmierci.

Jej życie było ciągłym pasmem niezwykle dotkliwych cierpień. Od młodości, a nawet już w dzieciństwie, podejmowała wiele umartwień i wyrzeczeń, aby doskonalić siebie i składać ofiarę Panu Jezusowi. Przede wszystkim jednak należy wymienić cierpienia związane ze stygmatami i przeżywaniem Męki Pańskiej w stanie ekstaz. Były one niezwykle dojmujące i nie potrafiłaby ich znieść bez pomocy z wysoka. Przy tym siostra Wanda często była pozbawiona pomocy i należytej opieki w tych przeżyciach, a stany ekstazy zachodziły nawet poza domem. Przeżyła też wiele ciężkich chorób i operacji.

Już od najmłodszych lat znosiła różne dolegliwości, jak bronchit, plewryt, zapalenia płuc, anemia i wycieńczenia. Wiele też chorób przebyła w więzieniu, jak zapalenie miedniczek nerkowych, woreczka żółciowego, kilkakrotne zapalenie opon mózgowych, grypy, anginy; przeszła też tam dotkliwą operację guza na piersi, powstałego wskutek pobicia. Każdy niemal karcer, a było ich sporo, odchorowywała długim pobytem w szpitalu. Lekarze nieraz liczyli się z jej bliską śmiercią, a w końcu nie mogli się zdecydować na uwolnienie jej z więzienia w obawie, że nie przetrzyma drogi do domu.

Już po powrocie z więzienia s. Wanda przebyła w 1962 r. w Lublinie operację guza na mózgu - oponiaka wielkości ziemniaka. Natomiast w listopadzie 1980 r. przy wysiadaniu z autobusu w Częstochowie potrącona przez przyczepę doznała złamania szyjki kości biodrowej, czego następstwem była siedmiogodzinna operacja w maju następnego roku i długie leżenie z nogą na wyciągu. Mimo to kość źle się zrosła i noga pozostała sztywna, tak, iż s. Wanda odtąd mogła ledwie poruszać się o kulach.

Wiadomo też, że już od najmłodszych lat s. Wanda przyjmowała na siebie choroby innych, najprawdopodobniej czyniła to przez całe życie, co niechybnie pozostało jej tajemnicą.
Nadzwyczaj też ciężkie były jej przeżycia w więzieniu: uciążliwe badania, bicie, kopanie, obrzucanie zelżywymi słowami, przebywanie w celi z ciężko psychicznie chorymi, co było wręcz nie do zniesienia, karcery z chłodną wodą i tylko w bieliźnie, z głodnymi szczurami, a nawet była poddana szokowi elektrycznemu.

Pobyt s. Wandy w zgromadzeniu łączył się z wielu cierpieniami. Jak sama zaznaczyła w "Dzienniczku" pisanym o pobycie w więzieniu, były one dla niej bardziej bolesne niż cierpienia więzienne, bo doznawane od swoich. Była uważana za histeryczkę, dziwaczkę czy wręcz niespełna rozumu. Otrzymywała nieraz ostre nagany, a gdy wysyłano ujemne opinie o niej do matki generalnej, jej upomnienia jeszcze bardziej boleśnie przeżywała. Odczuła dotkliwie oddanie jej do domu opieki w Wilnie w 1944 r., jako nieużytecznej w zgromadzeniu, a po powrocie z więzienia umieszczenie w szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy koło Białegostoku. Co prawda została stamtąd szybko zabrana dzięki interwencji s. Rodziewicz. Nieraz też bywała pozbawiona opieki i pomocy w swych trudnych przeżyciach mistycznych.

Wiele też przeżyła s. Wanda, gdy chodzi o kierownictwo duchowe. W młodych latach spowiednicy na ogół nie dawali wiary jej widzeniom. Później też wiele cierpiała z tego powodu, że nie zawsze była należycie przez nich rozumiana i odpowiednio traktowana. Ponadto w pewnych okresach nie miała stałego spowiednika.

Radosnym przeżyciem dla s. Wandy było przyjmowanie Chrystusa w Komunii św., ale niestety nieraz dość długo bywała pozbawiona tej możliwości, co było też dla niej trudnym doświadczeniem.

Osobny rozdział w jej życiu stanowi walka z szatanem i doznawane udręki od niego. Ideą tak bolesnych cierpień w całym życiu s. Wandy było składanie ofiary za kapłanów, za zakony, w tym i za własne zgromadzenie. Szczególnie interesujące są podczas wizji mistyczki wypowiedzi Pana Jezusa o godności i wielkiej roli kapłanów, o umiłowaniu ich przez Chrystusa i Jego bólu z powodu ich niewierności, oziębłości, a także o nadzwyczajnej gotowości do miłosiernego im przebaczania. Chrystus polecił jej, by zatroszczyła się o namalowanie obrazu przedstawiającego kapłana, który na wzór Chrystusa jest przybity do krzyża - na tle Jego postaci.

W jej życiu od najmłodszych lat miały miejsce nadzwyczajne zjawiska, jak częste widzenia Chrystusa, Matki Bożej, nieba i jego mieszkańców, a zwłaszcza własnego Anioła Stróża, zmarłych oraz dusz czyśćcowych.

Trzeba też zanotować zachodzenie w życiu s. Wandy wielu przedziwnych zjawisk, których nie można wytłumaczyć w sposób naturalny. Szczególnie znamienne było, po otrzymaniu stygmatów, obywanie się w pewnych okresach bez pokarmu. Znała także czasem przebieg wydarzeń, które zachodziły daleko od niej, czy też przewidywała przyszłe zdarzenia.

Siostra Wanda, która siebie często nazywała "konwalią leśną" obiecywała, że z nieba będzie miała większe możliwości pomagania ludziom i wypraszania im łaski, niejako zrzucając stamtąd płatki kwiatów konwalii.

Ostatnie lata swego życia nasza stygmatyczka spędziła w Chylicach, otoczona bardzo troskliwą opiekę swego zgromadzenia. Zmarła 2 marca br.

aw, ks. Jan Pryszmont (KAI) / Skolimów
Katolicka Agencja Informacyjna
Data wydania: 06 marca 2003
Wydawca: KAI; Red. naczelny: Marcin Przeciszewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz